Szkolenia: sprzedaż, obsługa klienta zawsze zawierają panel poświęcony odpowiedniemu tratowaniu potencjalnych usługobiorców. Skupiają się nie tylko na kulturze wobec drugiej osoby, ale również uczą czym jest gra negocjacyjna czy komunikacja w obsłudze klienta. Jeśli tylko na szkolenie dla działu klienta, trafiają pojętni partycypanci, możemy mieć pewność że spotkamy się z sytuacją przedstawioną poniżej. Wchodzimy do obojętnie jakiej firmy, i od razu czujemy się bezpiecznie, ponieważ bez trudu rozpoznajemy kto jest tu pracownikiem, a kto gościem. Zatrudnionych można zauważyć dzięki podobnym bądź identycznym uniformom oraz najszczerszym uśmiechom świata. I tu się na chwilę zatrzymajmy. Jak to możliwe, że w pracy jesteśmy w stanie znieść niemalże wszystko: począwszy od krzykaczy, przez marudy aż do tych, którym trzeba wszystko trzy razy tłumaczyć, a w zaciszach naszych domostw, przeobrażamy się w diametralnie inne osoby.
Przecież teoretycznie chociaż, w domu żyjemy ze swoimi najbliższymi, którym winniśmy zapewnić nie tylko wikt i opierunek, ale również miłość szacunek i przyjaźń, brakuje często nie tylko ciepłego słowa, ale słów jako takich. Jak to możliwe, że codziennie jesteśmy w stanie przez co najmniej osiem godzin klepać wyuczone wręcz na pamięć formułki, ściskać dłonie i z miłym uśmiechem zapraszać do środka, podczas gdy wieczorem zapadamy w swoisty stan hibernacji bądź wybuchamy jak Etna, zapominając czym są elementarne zasady kultury. Istnieją dwie główne refleksje, które są odpowiedzią na podobne sytuacje. Pierwsza głosi, że tak wiele dajemy z siebie w naszym życiu zawodowym, że nie mamy już sił aby to samo czynić w domu. Tyle się nam wpaja o trade marketingu, czy o tym, jakie umiejętności po szkoleniu z komunikacji powinniśmy nabyć, iż cała swoją energię i wolę poświęcamy właśnie na podnoszeni kompetencji we wspomnianych zakresach. Mamy i musimy być najlepsi, ponieważ taki jest obecnie trend, a to co się dzieje poza życiem zawodowym w sposób naturalny i niezauważalny schodzi po prostu na dalszy plan. Działamy tak ze strachu, że ktoś się na nas poskarży, może zwolni, czy przeoczy przy awansach, a w najlepszym wypadu skrytykuje. W domu natomiast? Tu ściągamy maskę formalizmu i pozwalamy sobie na swobodę, szkoda tylko, że ta bardzo szybko często przeradza się w tak zwane nie-chciejstwo i to jest właśnie ta druga refleksja.
Tak jak pierwsza teza, głosiła, że nie mamy siły na „staranie się” w życiu osobistym, to ta druga nie jest dla nas już tak łaskawa i mówi, że to jedynie kwestia naszego wyboru. Oczywiście, dom to nie firma ale z drugiej strony, niejeden twierdzi, że małe przedsiębiorstwo, którym też należy umieć zarządzać a do tego potrzebne są przecież kompetencje menadżerskie. Jeśli nic z siebie nie dajemy, burczymy na domowników, a dzieciom włączamy komputer, to nie spodziewajmy się rodziny niczym z telewizyjnego obrazka. Prawdopodobnie dzieci się nas nie wyrzekną, ale rozwód, czy separacja w dzisiejszych czasach wydaje się już bardziej prawdopodobny, bądź przynajmniej perspektywa długich, ciągnących się lat u boku praktycznie obcej nam osoby. Czy o to nam chodzi? Jasne, że nie, mało jest tych, którzy ranią w ten sposób celowo i z premedytacją, częściej, takie zachowania i schematy są skutkami przyzwyczajenia i braku świadomości ze swoich poczynań. Mamy szczęście, gdy obok nas jest czujny przyjaciel, który nie będzie się bał powiedzieć o tym, co zaobserwował, bądź mądry partner, który zauważy zmiany, jakie zachodzą w związku, czasami jednak musimy liczyć na własną czujność.
Zasadnicze pytanie brzmi: czy równowaga miedzy życiem zawodowym a prywatnym jest w ogóle możliwa? Wydaje się zawsze, że nie, chociażby z powodu godzin, które spędzamy w pracy. Gdybyśmy jednak trochę pododawali, to okazuje się, że czas jest jak najbardziej sprawiedliwy, przyjmując, że śpimy siedem godzin a pracujemy osiem. Suma jest jednoznaczna, zostaje nam dziewięć godzin! To tak naprawdę kupa czasu, który nawet jeśli nam trochę ucieknie na dojazdy, zakupy i posiłki, to wciąż pozwoli na budowanie czy naprawianie relacji z najbliższymi. Jak tylko uświadomimy sobie powyższe fakty, same wyrzuty sumienia powinny nas natknąć do działania, jeśli natomiast jesteśmy bardziej oporni, wystarczy wrócić do tytułu artykułu, a tam do słowa „wyrachowanie”. Powinno ono zadziałać jak zimny prysznic i sprawić, że nie tylko w pracy będziemy przykładnymi osobami, z którymi każdy dąży do kontaktów.



Jeden komentarz do “Swoiste „rozdwojenie jaźni” czy wyrachowanie?”
Zostaw komentarz